Czarownica, wiedźma, szeptucha… Jesteś jedną z nich?

Komu chciałoby się wierzyć w czary w czasach, kiedy człowiek wymyśla androidy, Japończyk „żeni się” z hologramem, a nasze płuca zżera zupełnie nieromantyczny i niemagiczny smog… Na nieco ponad miesiąc przed premierą spektaklu „Czarownice z Salem” spróbujemy przyjrzeć się nieco bliżej wyobrażeniom tak starym, jak nasza cywilizacja. Być może czarownice są nam bliższe, niż nam się wydaje?
Czy czarownice wiedzą więcej i dlaczego nie ufamy czarnym kotom

Jeśli oczywiście wierzyć, że czarownice istnieją – czy aby na pewno noszą spiczaste kapelusze, śmieją się złowieszczo i przemieszczają na miotłach? I czy czarownica, to też ta mroczna satanistka, związana paktem z jakimś złym duchem? A może to ta dziwnie milcząca koleżanka z pracy, która w pokoju obok popija mieszanki ziołowe zamiast herbaty…? Z całą pewnością musi być w niej jednak coś odstręczającego – brodawka na czubku nosa, diabelski śmiech, nietypowa fryzura czy niepopularne zwyczaje. Kim jest naprawdę (jeśli jest!) i gdzie szukać odpowiedzi na to pytanie?

Kadr z filmu „Czarownice z Salem” („The crucible”) w reżyserii Nicholasa Hytnera (1996 r.) [źródło: ft.com]
Jak czytamy w książce Jeffrey’a B. Russela  „Krótka historia czarownictwa”:

Jedna odpowiedź skrywa się w źródłosłowach wyrazów określających to zjawisko oraz w zmianach zachodzących w języku. Angielskie słowo „witch” pochodzi od staroangielskiego wyrazu „wicca”, oznaczającego męską wiedźmę, i słowa „wicce” oznaczającego żeńską wiedźmę, oraz od czasownika „wiccian” – „rzucić czar”. Wbrew temu, co twierdzi wiele współczesnych wiedźm, wyraz ten nie ma celtyckiego źródłosłowu i nie ma nic wspólnego ze staroangielskim słowem „witan” – „wiedzieć”, ani z żadnym innym słowem związanym z „mądrością.”

Choć chętnie popijam zioła, za czarownicę się nie uważam – a jednak trochę mnie to wyjaśnienie rozczarowało, zwłaszcza, że w wielu innych źródłach czytamy o tym, że „wiedźma” to właśnie „kobieta wiedząca więcej niż inni”. Cóż, trudno. Może nie wie wszystkiego, ale czar rzucić potrafi.

Francisco Goya, „Kuchnia wiedźm” 1794-1795 [źródło: pinterest.com]
Co jeszcze przychodzi na myśl, gdy myślimy o czarownicach? Szklana kula, tajemnicze gesty wykonywane nad parującym garem z dziwną substancją – magia. Pojęcie, które ściśle kojarzy nam się z nią właśnie, to przesąd. Zdaniem autora „Krótkiej historii czarownictwa” (który podjął się próby zdefiniowania tego zjawiska), obecnie nadajemy temu słowu zgoła odmienne znaczenie – za przesąd uznajemy opinię, która odbiega od aktualnie przyjętego postrzegania rzeczywistości. Taki tok myślenia utrwala tylko stereotyp. Jak słusznie zauważa Russel, „przekonania jednego stulecia stają się przesądem w innym – wiele naszych obecnych wierzeń zostanie uznanych w przyszłości za przesądy”. Nie jesteśmy przecież mniej przesądni niż średniowieczni katolicy z naszą wiarą, że nie warto siadać na rogu stołu lub – by pozostać na teatralnym podwórku – w teatrze nie gwiżdżemy, bo i nas wygwiżdżą i pod żadnym pozorem nie pozwalamy scenariuszom upadać na podłogę, a jeśli nawet (olaboga!), czym prędzej je przydeptujemy. Jeśli wierzymy wystarczająco mocno w coś, co mieści się w naszym porządku świata, to z naszego punktu widzenia niczym dziwnym nie będzie unikanie czarnych kotów na chodnikach – a wiary w to, że przynoszą pecha nie uznamy za przesąd. Dlatego też, jeśli czary mieszczą się w systemie pojęć i postrzegania świata, wtedy przesądem nie są – a więc wygląda na to, że nie powinno się podważać ich istnienia (tak, jak nie warto podważać słuszności chwytania się za guziki gdy spotykamy kominiarza). Wszystko jest kwestią wiary.

Wyjaśnij sobie ciemny świat

Wróćmy jednak do czarownic i ich wątpliwej dawniej reputacji. Naukowcy podkreślają, że należy rozróżnić pojęcia „czary” i „czarownictwo”. Te pierwsze uznaje się (za Russelem) za czynności, które „nie polegają na kulcie, ale jedynie na wykorzystywaniu złych duchów”, natomiast czarownictwo to „forma kultu diabła”. Będziemy zatem mówić raczej o czarach, które rozpowszechniły się w wielu społeczeństwach, głównie ze względu na ich funkcje praktyczne. Jednym z ich podstawowych zadań było (a może wciąż jest?) rozładowywanie napięć społecznych. Wiara w czary pomagała zdefiniować wartości i się ich trzymać, ale także wyjaśniać przerażające zjawiska i groźne wydarzenia – dawała poniekąd poczucia władzy i „trzymania w ryzach” tajemniczego świata, który nie przestawał zaskakiwać. Dziś, wyposażeni w wiedzę i technologię, nie uznamy trąby powietrznej za zemstę złego ducha (który wcielił się zapewne w jednego spośród nas). Kobieta, która rodzi dziecko mimo wcześniej postawionej diagnozy, że zajść jej w ciążę będzie bardzo trudno, budzi może zaskoczenie, ale przyczyn upatrujemy raczej w odpowiednim leczeniu czy zdrowym trybie życia, niż w zaklęciach wypowiadanych do szklanej kuli. Dawniej trzeba było radzić sobie inaczej, upatrywać gdzie indziej punktów zaczepienia. Teraz częściej trzymamy się kurczowo rozumu.

 

Collin de Plancy, „Sabbat” – XIX-wieczny obraz ukazujący standardowe wyznaczniki czarownictwa: lot w powietrzu, przyrządzanie z dzieci mikstur magicznych, oddawanie czci diabłu, tańce na wspak, etc. [źródło: pinterest.com]
Także wiara w „szkodliwe” czary pełni pewną funkcję – mianowicie mobilizuje, wzmacnia poczucie jedności i solidarności przeciw zewnętrznemu złu (czytaj: na przykład przeciwko prześladowanej czarownicy, winnej nadejścia wcześniej przywołanej trąby – zasłużyła na stos!). Jak pisze Russel, „czary mogą również stanowić swoisty system sprawiedliwości, polegający na naprawie zła przez wyrównanie rachunków: uroki są zwykle wykorzystywane przez słabszych przeciwko mocnym, których nie można dotknąć w inny sposób”. Ten temat – powiązań idei związanych z czarami ze strukturą społeczeństwa i stanem napięcia, w jakim aktualnie się znajduje (z różnych, często także politycznych przyczyn) to także jeden z tematów spektaklu, który będzie realizowany w Teatrze Współczesnym. Problem jest bowiem dużo głębszy, niż mogłoby się wydawać.

Winne…!

Czy ktoś z nas słyszał kiedykolwiek o „polowaniu na czarowników”? Nie, bowiem podobno przez cały okres polowań na czarownice oskarżono przynajmniej dwa razy więcej kobiet niż mężczyzn. Kobiety przeważały wśród oskarżonych w każdym miejscu Europy i w każdym okresie. Stereotyp czarownicy jest tak głęboko zakorzeniony i silny, że większość ludzi dziwią doniesienia o skazanych czarownikach (jeśli w ogóle uznamy tę nazwę za odpowiednią – „czarodziej” ma w końcu nieco mniej pejoratywne zabarwienie). Nie słyszymy też i nie wypowiadamy w gniewie słów „ty ohydny czarowniku!” Wiedźma, niestety, ma w naszym język ciężki los.

Sybil Leek, najbardziej znana wiedźma we współczesnej Anglii, odczyniała uroki na skrzyżowaniu dróg blisko swego domu w Hampshire

Powodów tego zjawiska jest wiele – wdowy, samotne, niezamężne, „dziwaczki”, a często także zubożałe i odizolowane od reszty społeczeństwa kobiety bez patriarchalnego wsparcia ojca czy męża (a takich kobiet w średniowieczu nie brakowało), były łatwym celem dla oskarżycieli. Kobietom starszym czy słabszym często przypisywano winy za podpalenie (posiłkując się argumentem, że takie przestępstwo nie wymaga siły), za choroby i deformację nowonarodzonych dzieci obwiniano towarzyszące ciężarnym przy porodach akuszerki, doskonałym kozłem ofiarnym były często także młode, wyzwolone dziewczęta – „kochanice diabła”. Trudny los miały również kobiety chore – z wadami genetycznymi lub po prostu chore psychicznie. Nieprzyjazne spojrzenie interpretowano jako „złe oko”, mamrotanie pod nosem czy przytyk – jako rzucony urok…

 

W  katolickim traktacie na temat czarownictwa (spisanym przez dominikańskiego inkwizytora, Heinricha Kramera) zatytułowanym „Młot na czarownice” czytamy:

Czymże innym niewiasta jest niźli wrogiem przyjaźni, nieuchronną karą, złem koniecznym, naturalną pokusą, pożądanym nieszczęściem, domowym zagrożeniem, smakowitą ujmą, złą naturą pomalowaną jasnymi barwami […]. [Niewiasty] są bardziej cielesne, a skoro głównym celem diabła jest niszczyć wiarę, stąd woli on raczej atakować je [niż mężczyzn] […] Białogłowy są w naturalny sposób bardziej podatne […] Mają długie języki i nie są w stanie utrzymać w tajemnicy przed swoimi kumoszkami tajemnych sztuk, które posiadły […] Niewiasty intelektualnie są jak dzieci […] Ona jest bardziej cielesna niż mężczyzna, co widać po jej lubieżnych czynach pełnych ohydy […] Ona jest niedoskonałym zwierzęciem, zawsze oszukuje […]

Dość już może, Heinrich Institoris podniósłby ciśnienie niejednej współczesnej „czarownicy” (taką mam nadzieję!). Niezwykła swoją drogą towarzyszy kobiecie ambiwalencja: kobieta jest czystą dziewicą; kobieta jest dobrą matką i żoną; kobieta jest czułą opiekunką; kobieta jest też jednocześnie zmysłową, mściwą wiedźmą. Tyle pomieścić w jednej istocie…

Współczesne wiedźmy

Zastanawia mnie pewne zjawisko. Od pewnego czasu można zaobserwować wśród kobiet wspaniałą, budującą solidarność. Zbliża nas ku sobie często wspólny bunt w słusznej sprawie, zmiany na lepsze stają się naszym wspólnym udziałem i coraz częściej zwyczajnie dostrzegamy w sobie bardziej siostry, niż konkurentki. Sporo słyszy się ostatnio o tzw. kręgach kobiet, powiązanych właśnie z ideą siostrzeństwa, wzajemnego wsparcia i pozytywnego do siebie nastawienia. Sam „krąg” to znany archetyp, symbol nieskończoności, braku hierarchiczności, wzajemnej obserwacji i bliskości. Kręgi kobiet to nieformalne spotkania grupy często zupełnie obcych sobie uczestniczek, które spotykają się w bezpiecznej przestrzeni by nawzajem się inspirować. Kręgi zawiązują się często wokół jakiegoś konkretnego zagadnienia – kobiety umawiają się, by wspólnie ćwiczyć jogę czy medytować, rozmawiać o rodzicielstwie, ciąży czy cielesności. Takim wydarzeniom często towarzyszą warsztaty tematyczne czy wykłady, wspólne przygotowywanie posiłków i różnego rodzaju aktywności, pozwalające dotrzeć głębiej do świadomości, wsłuchać się w swoją intuicję i wyzwolić (podkreślę – różnie rozumianą) kobiecość. Organizowane są nawet kobiece kręgi online, kobiety wspólnie uczą się nowych rzeczy – na przykład poznają naturalne metody na poprawę zdrowia, uczą się rozpoznawania ziół i ich właściwości, wspólnie medytują, uczą się wróżenia z kart czy rozpoznawania momentu cyklu na podstawie… faz księżyca. Taki powrót do natury, zwłaszcza wśród młodych kobiet, wydaje się być już nie tyle dziwaczny, co zwyczajnie… Modny. Bycie „szeptuchą” jest na topie!

Grafika: Thomas Darren [źródło: realfunwow.com]
Czy nasze kręgi, spotkania przy ognisku, wspólne zajęcia z jogi czy warsztaty z przyrządzania ziołowych mikstur nie zostałyby kiedyś uznane za czary…? I czy taka popularność tychże spotkań nie świadczy o dwóch rzeczach – potrzebie, by w tym zautomatyzowanym świecie zbliżyć się do natury i swego wnętrza i pragnieniu, by wiedzę tę zgłębiać i inspiracji szukać w drugiej osobie i z drugą osobą? Szukamy podobnych sobie, lubimy przecież te rzadkie momenty, gdy trafiamy na „równie zakręconych co my sami”. Ciekawy jest także fakt, że kiedyś czary uznawaliśmy za coś niebezpiecznego, owianego mroczną tajemnicą, od czego lepiej trzymać się z daleka. Teraz, przebodźcowani „nieanalogową” rzeczywistością, przytłoczeni przyziemnymi problemami, szukamy w codzienności okruchów magii… I odnajdujemy je, w takiej właśnie magicznej obecności z podobnym sobie, w małych rytuałach, w ziołach, które parzymy kiedy boli głowa w nadziei, że natura uleczy nas skuteczniej niż gorzka pigułka… Wiele z nas nie stroni już tak bardzo od magii. Przytulamy drzewa, oglądamy zaćmienie, medytujemy, czytamy horoskopy, spotykamy się by rozmawiać o naszych doświadczeniach. Nie dotyczy to zresztą tylko kobiet. A więc może czarownice i czarownicy wciąż w pewnym sensie istnieją, drzemią w nas po cichu i dają znać o sobie raz na jakiś czas? A w ryzach nasz świat trzymają właśnie te sytuacje, w których można odnaleźć skrawki czarów? A one same (co zaskoczyłoby naszych przodków) – mogą przynieść nam nierzadko więcej dobrego, niż złego…?

„Czarownice z Salem” w maju na Dużej Scenie

Już 25 maja na Dużej Scenie Teatru Współczesnego premiera spektaklu według tekstu Arthura Millera (w tłumaczeniu Anny Bańkowskiej). Reżyseruje Dyrektor Teatru Wybrzeże w Gdańsku, Adam Orzechowski. Za dramaturgię odpowiada Radosław Paczocha, scenografię, kostiumy i reżyserię światła przygotuje Magdalena Gajewska, a muzykę – Marcin Nenko. W obsadzie znajdzie się aż dwanaście osób (trzy gościnnie grające aktorki: Dominika Kimaty, Anna Bieżyńska i Agata Turkot, Barbara Lewandowska, Joanna Matuszak, Ewa Sobczak, Magdalena Wrani-Stachowska, Arkadiusz Buszko, Michał Lewandowski, Grzegorz Młudzik, Konrad Pawicki, Wojciech Sandach i Przemysław Walich). Przedstawienie będzie pretekstem do dyskusji o współczesnym świecie, rozpiętym pomiędzy religią a polityką. Będzie to także opowieść o tym, jak pozornie błahe wydarzenie uruchamia spiralę zdarzeń, w której wszystkie ciosy są dozwolone. Zobaczymy jaką rolę w tym wszystkim odegrają czary…

 

W artykule wykorzystano fragmenty książki Jeffrey’a B. Russella „Krótka historia czarownictwa” Wydawnictwa Dolnośląskiego (Wrocław 2003).

Ads

facebook