Kiedy pierwszy raz przeczytałam sztukę „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” otwierałam oczy szeroko ze zdumienia – takiego skondensowania „pozasalonowej formy bytu ludzkiego” nie słyszałam nigdy wcześniej. I nie chodzi tu o śmiech z prowincji.

Zacznę od wyznania: Dorota Masłowska jest moją ulubiona pisarką. Jej „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” przeczytałam za jednym zamachem w nocnym pociągu relacji Terespol-Szczecin (choć czasem myślę, że to był Przemyśl-Szczecin) kilkanaście lat temu. Pachniało tam tak samo, jak w jej prozie, a rano pod paznokciami odkrywałam niemal to samo, co mogli odkrywać bohaterowie powieści. Krótko mówiąc połączyła nas Polska, od wschodu do zachodu, od południa do północy doświadczana przez okno PKP, trochę wtedy brudna, trochę przykra, ciemna, zimna i do domu daleka. Z czytania „wysiadało się” jak z pociągu – ciężko, ale z jakimś uśmiechem zrozumienia świata, w którym się żyje – wykrzywionego, ale szczerego, własnego, twórczo inspirowanego podwórkiem, gdzie zawsze mówiło się „prawdę między oczy”.

Motyw przedziwnej podróży przez Polskę pojawia się także w jej pierwszej sztuce teatralnej napisanej w 2006 roku dla TR Warszawa „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”. I nic tu od początku nie jest oczywiste – ani to kim są jej bohaterowie, ani czego szukają. Prości w formie i niewybrednym języku, stają się żywym odbiciem tego, co leży u podstaw międzyludzkiej, polskiej „chamówy” – nie ma zmiłuj, tam się mówi prawdę i całą prawdę, bez ogródek i konwenansów.

Kiedy pierwszy raz czytałam sztukę otwierałam oczy szeroko ze zdumienia – takiego skondensowania „pozasalonowej formy bytu ludzkiego” nie widziałam nigdy wcześniej. I nie chodzi tu o śmiech z prowincji. Bynajmniej. Nie chodzi o podział na lepszych i gorszych. Choćbyśmy nie chcieli, świat opisywany z punktu widzenia dramatu „Dwoje biednych Rumunów…” jest częścią naszej codzienności, rewersem grzecznej fasady, za którą zwykliśmy się chować. Zbiorowe, wspólne „nieszczęście ze sobą przebywania” jest tam tyleż bolesne, co niesłychanie śmieszne, skrzące się językiem dosadnym, karykaturalnym, ale też prawdziwym. Oni tam po prostu mówią… po polsku. I to jak!

Jest jeszcze wątek pokoleniowy. Ta sztuka, jak żadna inna w naszym teatrze, w pełni odwołuje się do doświadczenia widzów urodzonych w latach 80.  Kody kulturowe, sposób widzenia świata i jego drobnych przedmiotów, czyli „kraina pazłotka”, którą Masłowska ze skrupulatności opisuje w swojej prozie, dramatach i felietonach (i piosenkach!) jest żywy i namacalny. Tak, to nasz świat, ale nie umieliśmy go wcześniej tak trafnie nazwać.

PS A teraz prawdziwa tajemnica „zza kulis”. W biurze, na komputerze, gdzie powstawał ten tekst reżyser Piotr Ratajczak zostawił ścieżkę dźwiękową ze spektaklu. Nie pozostawia ona wątpliwości, że mamy do czynienia ze spektaklem żywym, efektownym i niebywale dynamicznym. Jak jeszcze zachęcić? Po prostu przyjdźcie!

  • kierownik literacka Teatru Współczesnego w Szczecinie, autorka książki „Teraz! Ilustrowana historia Teatru Współczesnego w Szczecinie”

Ads

facebook