„Spotkanie za każdym razem z inną energią jest trudne, ale ekscytujące. Musimy być otwarci na te nieporozumienia,  na to spotkanie –„niewygodne” z widzem, przecież o to nam chodzi” – o przygodzie z „Bzikiem”, poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, pokonywaniu nieśmiałości i sztuce milczenia w rozmowie z Katarzyną Knyszyńską opowiada Konrad Beta, aktor Teatru Współczesnego.

Katarzyna Knyszyńska: We wrześniu wróciłeś z objazdu w ramach programu Teatr Polska. Czy osoby z mniejszych miejscowości są otwarte na sztukę? Jak tamtejsza publika odebrała wystawiany przez Was „Pustostan”?

Konrad Beta: Jak publiczność odebrała ciężko stwierdzić, bo nie mieliśmy okazji spotkać się z nią. Był to bardzo intensywny czas, po zagranym spektaklu w jednej miejscowości, od razu przemieszczaliśmy się do drugiej. Raz tylko zdarzyło się, że Marysia Dąbrowska spotkała bodajże w Krotoszynie starszą kobietę, która wyszła z naszego przedstawienia i opowiadała że takie mechanizmy jakie zachodzą między członkami rodziny w „Pustostanie” są jej bliskie z jej własnych doświadczeń życiowych. To było jedyne zdanie jakie mieliśmy okazję usłyszeć, ale za to bardzo cenne. Jeżeli chodzi o otwartość na sztukę to bardzo różnie, w każdym miejscu było inaczej. W Mirosławcu była dosłownie garstka widzów, natomiast pierwszy spektakl w ramach Teatru Polska w Goleniowie odbył się przy przepełnionej widowni. Po spektaklu odbywały się warsztaty teatralne, które prowadził Paweł Niczewski i przychodziło na nie wielu chętnych, więc z tą otwartością na sztukę nie jest tak źle (śmiech). Wyjazd ze spektaklem – tutaj akurat mówimy o Teatrze Polska, ale każdy wyjazd poza Szczecin jest dla nas jako zespołu bardzo potrzebny, spotykamy się z inną widownią, z inną energią, a to powoduję, że spektakl nabiera „świeżości”.

K.K: A czy zauważyłeś zainteresowanie spektaklem konkretnej grupy wiekowej?

K.B: Nieszczególnie. Myślę, że to zupełny przypadek jak się widownia ułoży pod względem wiekowym.

K.K: Ostatnia premiera ubiegłego sezonu na deskach Teatru Współczesnego to „Bzik. Ostatnia minuta” w reżyserii Eweliny Marciniak. Jest to przedstawienie niezwykle bogate i efektowne, we wrześniu wróciło na scenę po wakacyjnej przerwie, od tego czasu zagraliście już sześć razy – jak się z tym czujesz? Podekscytowany, zdenerwowany?

K.B: Po przerwie borykaliśmy się z technicznymi problemami, to jest spektakl, w którym wszystko gra – poza aktorami, bardzo dużą rolę odgrywa światło i muzyka na żywo. Każde wejście nie w punkt powoduje wytrącenie widza z uwagi. Po trzymiesięcznej przerwie wakacyjnej było dość nerwowo. Musieliśmy wdrożyć się na nowo, przypomnieć sobie mechanizmy, które zachodzą w tym spektaklu.

K.K: A długo przygotowywaliście się do premiery „Bzika”?

K.B: Łącznie około dwóch miesięcy. Początkowo mieliśmy pracować krócej, ale Ewelina przyjechała szybciej niż zakładała, co dało nam więcej możliwości i swobody w poszukiwaniach.

W roli Jacka w spektaklu „Bzik. Ostatnia minuta”, reż. Ewelina Marciniak

K.K: Poruszając temat tego spektaklu trudno ominąć kwestię nagości. Czy wystąpienie całkowicie nago, bądź w skąpym, dużo odsłaniającym kostiumie było częścią studiów aktorskich, czy zmierzyłeś się z tym dopiero na deskach zawodowego teatru? Pamiętam Twój debiut – „Męczennicy” w reżyserii Anny Augustynowicz – tam też obcowałeś z nagością.

K.B: Wiadomo, że zawód aktora wiąże się z pracą ciałem, a zatem i z nagością. Pytanie czy nagość na scenie jest uzasadniona czy to tylko wymysł reżysera, czy aktora. W przypadku „Męczenników” negliż Benjamina, wynikał wprost ze scenariusza. Oczywiście nie była to pełna golizna, bo „miejsce strategiczne” było zakryte (śmiech), więc tutaj nie było niczego stresującego. Kiedy zaczynaliśmy pracę nad „Bzikiem”,  reżyserka wspomniała, że będziemy występować nago. Oglądając wcześniejsze produkcje Eweliny Marciniak spodziewaliśmy się, że tak właśnie będzie. Tym bardziej, że poruszamy w „Bziku” tematy, przy których takie założenie było dla nas prawdopodobne. „Bzik” to spektakl, który jest blisko ludzi, cały czas jesteśmy na wyciągnięcie ręki, więc zdawaliśmy sobie sprawę, że może to być niezręczne dla obu stron.  Po premierze gdy rozmawiałem z widzami, dochodziły do mnie głosy, że na początku oczywiście nie da się nie widzieć nagości, która prześwituje spod kostiumów, ale potem się o tym zapomina. Muszę przyznać, że odetchnęliśmy z ulgą, gdy okazało się, że nie będziemy całkiem nago i mamy gacie (śmiech).

 K.K: Tak jak już wspomniałeś, „Bzik. Ostatnia Minuta” to przedstawienie, które w dużej mierze bazuje na interakcji z widzem. Czy ten rodzaj bezpośredniego kontaktu Ci odpowiada, czy uważasz, że miejsce aktora jest na scenie, a widza na widowni?

K.B: Bez widza spektakl nie pójdzie dalej, to on w pewnym momencie staje się aktorem. Nie ukrywam, że porywanie widza z widowni, jest dla mnie stresujące, bo nigdy nie wiadomo z jaką odpowiedzią się spotkamy i co się wydarzy. Na premierze zetknąłem się z tym, że Pan w pierwszym rzędzie nie chciał ze mną współpracować. Okazało się, że to był Niemiec (śmiech), który kompletnie nie rozumiał czego od niego chcę.

K.K: I jak wybrnąłeś z tej sytuacji? Przecież spektakl musi biec swoim rytmem!

K.B: W tym konkretnym przypadku poradziłem sobie sam. Jesteśmy świadomi tego, że tak może się wydarzać częściej, więc jesteśmy w pełnej gotowości do improwizowania.

K.K: A czy dla was aktorów nie jest to problemem, że co widz, to nowa energia i że w trakcie mogą wyjść nieporozumienia o których właśnie mówisz?

K.B: Wręcz przeciwnie, spotkanie za każdym razem z inną energią jest trudne, ale ekscytujące. Musimy być otwarci na te nieporozumienia,  na to spotkanie – „niewygodne” z widzem, przecież o to  nam chodzi.


K.K: Odnosząc się jeszcze do kontekstów „Bzika”, lubisz podróżować?

K.B: Lubię, ale robię to ostatnio bardzo rzadko, ze względu na zajętości. W zeszłym roku przeżyłem z moją Dominiką wspaniałe wakacje latając po Europie. Byliśmy na couchsurfingu, więc mogliśmy spotkać wspaniałych, otwartych ludzi na swojej drodze. Czekam, żeby to powtórzyć jak najszybciej, ale wszystko w swoim czasie. Na razie moja podróż ogranicza się do jeżdżenia pociągiem po Polsce (śmiech).

K.K: Żyjesz chyba trochę na walizkach. Obecnie mieszkasz w Łodzi, natomiast możemy Cię oglądać w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Czy łatwo pogodzić życie prywatne i zawodowe w ciągłym rozjeździe?

K.B: Nie mam swojego miejsca. Łódź to moje rodzinne miasto, mieszkałem tam przez 20 lat, dopóki nie wyjechałem do Krakowa na studia. Od tamtego momentu zaczęła się moja wędrówka. Ciągłe przemieszczanie jest częścią naszego zawodu, ale czuję, że zbliża się czas zdecydowania gdzie chcemy mieć nasze wspólne miejsce. W tym momencie potrzebuję choćby chwili, w której mógłbym odpocząć, złapać trochę oddechu, nadrobić filmy, książki i wtedy będę mógł ruszyć dalej.

K.K: I w którym mieście chcielibyście stworzyć swój kącik, biorąc pod uwagę, że oboje jeździcie po Polsce?

K.B: Dobre pytanie, bo my sami jeszcze nie wiemy. Podczas naszych rozmów na pytanie „gdzie?” zapada długa cisza. Warszawa – jeszcze nie, Szczecin – nie, Gliwice – też nie, Wrocław, Łódź, może Kraków, ale to zbyt ogólne i mało konkretne, musi pojawić się jakiś impuls. Czekamy.

K.K: W przedstawieniach, w których grasz i które miałam okazję oglądać, można dostrzec wysoką samoświadomość własnych ruchów (nawet w powietrzu – „Piotruś Pan” w reżyserii Eweliny Marciniak), ale i figur akrobatycznych, które nie każdy jest w stanie wykonać. Powiedz mi, czy sport, akrobacja leżą w zakresie Twoich zainteresowań? Jak przygotowujesz się do takich ról?

K.B: Sport uprawiałem od dziecka. Trenowałem taekwondo, z którego musiałem zrezygnować na rzecz studiów. Nie wyobrażam sobie życia bez sportu. Rower, rolki, ćwiczenia na siłowni, dzięki temu lepiej się czuję z samym sobą. A jeżeli chodzi o spektakle, sprawia mi ogromną radość, że moje dodatkowe umiejętności mogę wykorzystać w swojej pracy nad rolą. Wspomniany przez Ciebie Piotruś Pan jest wyjątkowy pod tym względem, że akrobacje są wykonywane na 3 metrach nad ziemią. A ze mną jest tak, że im trudniejsza rzecz albo zupełnie nowa, tym bardziej nakręca mnie to do działania.

Na zdjęciu z Marią Dąbrowską, „Piotruś Pan”, reż. Ewelina Marciniak

K.K: A interesujesz się czymś jeszcze?

K.B: Jeździłem na motocyklu. To pozwalało mi się zamknąć w swoim świecie, mogłem jeździć w nocy po mieście bez celu i miałem czas dla siebie, na swoje myśli. Obecnie od około dwóch lat wraz z dziewczyną jeździmy konno. Tegoroczne wakacje spędziliśmy na Kaszubach, gdzie konie rano pukają do okien. Zakochaliśmy się w tych zwierzętach i w tym pięknym  miejscu.

K.K: W spektaklu „Pustostan” Pawła Paszty Pies (czyli Twoja postać), posługuje się językiem migowym – no właśnie – czy jest to autentyczny język migowy, który musiałeś opanować, czy po prostu improwizacja, pewna gra mowy i dłoni?

K.B: Prawdziwy język migowy. Od początku naszym założeniem było, że Pies będzie postacią której widz w rzeczywistości nie widzi, a ja jako aktor jestem ludzkim, duchowym odzwierciedleniem pupila rodziny. Musiałem znaleźć język psa, aby nie wywołać infantylnego, bajkowego efektu. Pamiętam, jak poszedłem do sali prób, w której sam wymyślałem swoje ruchy podczas mówienia tekstu i poczułem, że to ma ciekawą energię. Stwierdziłem, że może to nie jest głupi pomysł i że język migowy może być tym czego szukam. Paweł Paszta to zaakceptował bez wahania, miałem dwa tygodnie na to, aby nauczyć się „migać”.

K.K: Łatwo było przyswoić sobie zupełnie nowe znaki, symbole i ruchy?

K.B: Jestem wzrokowcem, więc nie było to dla mnie większym problemem. Wiele gestów się powtarza, więc dwa tygodnie wystarczyły, abym mógł opanować ruchy. W spektaklu pokazuję tylko kluczowe słowa, ponieważ przy długim monologu odwracałbym uwagę widza na ruch moich dłoni.

W roli Psa w spektaklu „Pustostan”, reż. Paweł Paszta

K.K: Jaka była Twoja reakcja, kiedy dowiedziałeś się, że będziesz grał Psa?

K.B: Z racji tego, że jestem najmłodszy w zespole, byłem pewien obsadzenia mnie w roli Syna. Jak usłyszałem, że będę grał Psa, ucieszyłem się bo widziałem w niej dobry materiał do pracy i paradoksalnie trudny.

K.K: W którym przedstawieniu Teatru Współczesnego czujesz się najlepiej i czy jest takie, które szczególnie chciałbyś polecić czytelnikom i widzom?

K.B: Wszystko zależy od tego czego widz oczekuję przychodząc do teatru. Każdy spektakl niesie ze sobą wyzwania i każdy na swój sposób lubię. Ale w tym momencie „Bzik. Ostatnia minuta” to pierwsze przedstawienie, z którego się naprawdę cieszę. Kosztowało nas dużo pracy i zaangażowania całego teamu, mogę z czystym sumieniem je polecić.

K.K: „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” w reżyserii Piotra Ratajczaka, to spektakl pełen gorzkiego, ale jednak – humoru. Twój bohater – Parcha i Dżina (grana przez Adę Janowską-Moniuszko) udają się w podróż, podczas której napotykają na swojej drodze wiele osób. Szybko okazuje się, że komunikacja i więzy międzyludzkie praktycznie nie istnieją. Czy Ty jako młody człowiek, niekoniecznie z perspektywy aktora czujesz, że tak rzeczywiście jest?

K.B: Mamy teraz bardzo dziwne czasy. Staram się odcinać od kwestii politycznych, od postów światopoglądowych na portalach społecznościowych, stwierdziłem że to bez sensu. Miałem taki epizod, że raz, drugi wstawiłem jakiś post polityczny, ale szybko się na tym przejechałem. Osoby zaczęły się ode mnie odsuwać, bo miałem inne poglądy niż oni. Czasami warto przemilczeć pewne sprawy i się nie wypowiadać, bo dzisiaj nie da się po prostu, zwyczajnie porozmawiać. Każdy ma swoją rację, każdy ma się za eksperta w każdej dziedzinie, więc niekiedy wolę odpuścić. Ale na szczęście na swojej drodze spotykam otwartych i serdecznych ludzi, pomimo tego szaleństwa.

W roli Parchy, „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”, reż. Piotr Ratajczak

K.K: Miałeś już przygodę z filmem? Jak czujesz się przed obiektywem kamery? Widziałam teledysk do piosenki „Leć głosie po rosie” Zawartko/Piaseckiego i muszę przyznać, że to dość wzruszająca produkcja.

K.B: Jestem właśnie w trakcie realizacji pierwszego większego projektu, z czego bardzo się cieszę. Wcześniej spotykałem się z obiektywem kamery przy mniejszych etiudach, filmach krótkometrażowych, czy chociażby z youtubową grupą G.F Darwin.

K.K: Masz już plany na obecny sezon artystyczny? Nad czym obecnie pracujesz w Teatrze Współczesnym?

K.B: W Szczecinie szykują mi się dwie premiery. Pierwsza z nich to „Łzawe zjawy roku pamiętnego” w reżyserii Bogusława Kierca, która odbędzie się na początku marca 2018 roku. Pod koniec sezonu 2017/2018 wystąpię w przedstawieniu Natalii Korczakowskiej pt. „Najlepsza wiosna”. Bardzo serdecznie Państwa zapraszam już teraz!

K.K: Muszę spytać, bo nie wytrzymam z ciekawości, czy na ulicy nie jesteś mylony z Igorem Herbutem, wokalistą zespołu LemOn (śmiech)?

K.B: (śmiech) Na ulicy nikt jeszcze do mnie nie podszedł, ale wśród nowych znajomych rzeczywiście czasami jestem porównywany. To ciekawe ale mówiono mi już o podobieństwie do Piotra Adamczyka, do młodego Stuhra, a ostało się na Igorze Herbucie. Tak naprawdę, to oni są podobni do mnie! (śmiech).

K.K: I takim optymistycznym akcentem doszliśmy do końca wywiadu. Dziękuję Ci serdecznie i życzę powodzenia w nadchodzących wyzwaniach.

Ads

facebook