Kryminalny scenariusz historii, czyli mroczna prawda o polskich zamachach – cz. I

Polska w swoich długoletnich dziejach widziała wiele. Wojny, powstania, rozbiory, bitwy, najazdy i… zamachy na tle politycznym, których ofiarami bywali królowie, przywódcy państw, wysoko postawieni mężowie stanu. Przyjrzymy się dziś kilku ponurym faktom z kart historii polskich zabójstw politycznych od średniowiecza aż do smutnej daty 13 stycznia 2019.

Marcin Szymaniak, autor wydanej w 2019 roku książki „Polskie zamachy. Od zbrodni w Gąsawie do tragedii w Gdańsku” zaczyna swoją opowieść od przytoczenia niepokojących faktów.

Czy przyszło ci kiedyś na myśl zabicie kogoś? – profesor psychologii z USA David M. Buss zadał kiedyś pytanie tej treści 5 tys. uczestników badania poświęconego ludzkim skłonnościom morderczym. Przytłaczająca większość ankietowanych odpowiedziała „tak”. Ze szczegółowych badań wynikało, że 91 proc. mężczyzn i 84 proc. kobiet przynajmniej raz w życiu snuło fantazje na temat dokonania mordu.”

W tego rodzaju wizjach zwykle widzimy tych, którzy zaszli nam za skórę – marudnego szefa, kochankę męża, urzędnika, który utrudnia nam załatwienie sprawy. Powiedzmy sobie szczerze – komu z nas nie przemknęło kiedyś przez myśl niewinne „zabiję cię!” wypowiedziane w myślach w gniewie, żalu czy zniecierpliwieniu?

Bywa i tak, że tego rodzaju rojenia tyczą się osób, których nie znamy osobiście, a – na przykład – widzimy tylko na ekranie telewizora czy słyszymy w radiowej audycji. Zdarza nam się pałać nienawiścią do tych, którym nigdy nie podaliśmy ręki. Prawdopodobnie magiczna – sprawcza – funkcja języka w tym przypadku się nie wypełni i w rzeczywistości nie sięgniemy nigdy po nóż, ani nie zrealizujemy skrupulatnie zaplanowanej wizji uduszenia polityka, z którego poglądami się nie zgadzamy. Jak pisze Szymaniak, „w państwach demokratycznych wpływa na to w dużym stopniu możliwość „odstrzelenia” nielubianego polityka w wyborach. Po co zabijać pana X czy Y, narażając się na dożywocie, skoro można liczyć na wysadzenie go z fotela za pomocą kartki wyborczej?”. Dawniej wyglądało to jednak nieco inaczej. Historia naszego kraju obfituje w krwawe wątki. Czy wiecie co wydarzyło się osiem wieków temu?

Krwawa łaźnia

Jesienią 1227 roku miała miejsca krwawa łaźnia w Gąsawie, zwana także zbrodnią gąsawską. Poczty książąt, możnowładców i biskupów z całej Polski wyruszyły na zjazd władców dzielnicowych by przedyskutować sprawę zjednoczenia Polski po okresie rozbicia. Uczestnikami obrad byli książę krakowski Leszek Biały, reprezentant księcia wielkopolskiego Władysława III Laskonogiego (gdyż ten nie pojawił się osobiście), książę opolski Henryk I Brodaty i Konrad I Mazowiecki.

Leszek Biały (źródło: Wikipedia)

Pomimo zaproszenia na obradach nie pojawili się Władysław Odonic oraz Świętopełk Pomorski, obwiniani o spór o ziemie z Władysławem Laskonogim. Księcia Leszka Białego (popierającego w sporze Laskonogiego) z porannej kąpieli wyrwały wrzaski i szczęk broni – udało mu się jednak dopaść nago koni i rozpocząć ucieczkę w kierunku Gniezna, ale oddział rycerstwa okazał się szybszy. Książę zginął od bezlitosnych ciosów włóczni i miecza. Historycy wciąż nie są zgodni co do tego, kto właściwie zlecił i wykonał zabójstwo. Oskarżenia padają na nieobecnych Świętopełka i Odonica, którzy najprawdopodobniej postanowili wykorzystać fakt, że zjazd gromadził wszystkich panujących Piastów w jednym miejscu i niespodziewanie zaatakować. Śmierć poniósł Leszek Biały, ale ciężko ranny został także książę Henryk I Brodaty – przeżył tylko dlatego, że pewien dzielny rycerz osłonił go własnym ciałem. Prawdopodobnie właściwym celem zamachowców był od początku nieobecny na zjeździe Władysław Laskonogi, ale jaka była prawda – tego niestety już się nie dowiemy.

Jak czytamy u Szymaniaka:

Atak w Gąsawie był bez wątpienia wydarzeniem szokującym, wręcz niepojętym dla ówczesnych elit kraju nad Wisłą. Po raz pierwszy w ponad 250-letnich dziejach piastowski dynasta stał się celem podstępnego zamachu, dobrze przygotowanego, przeprowadzonego z zimną krwią i zakończonego sukcesem.”

Za namową anioła

W XVII wieku doszło do zamachu na kolejnego monarchę – króla Zygmunta III Wazę. Sprawcą ataku był niejaki Michał Piekarski, 23-letni sandomierski szlachcic. „15 listopada 1620 roku, jak w każdą niedzielę, Zygmunt wyruszył z zamku na mszę do pobliskiego kościoła farnego Świętego Jana. Poprzedzany zgodnie z etykietą przez liczne grono dostojników, szedł w towarzystwie swego syna Władysława oraz biskupów, mijając stare drewniane domki przy Świętojańskiej. […] Przechodząc przez próg, król nachylił się nagle ku twarzy arcybiskupa, by o coś zapytać. Żeleźce broni, którą uderzył w tej chwili Piekarski, prześliznęło się ze świstem po czapce Zygmunta. Ktoś wrzasnął. Zamachowiec w lot odzyskał równowagę, zachwianą siłą ciosu i rąbnął z drugiej strony, zawadzając o twarz ofiary. Król odruchowo się odwrócił, podniósł dłonie, zasłaniając głowę. Któryś z dostojników gwałtownym ruchem wyciągnął rękę, by sparować kolejny cios, znów wymierzony z prawej. Nadziak odbił się od dłoni oficjela i uderzył w plecy króla. Władca zachwiał się i padł na ziemię…”

Zamach na Zygmunta III Wazę (źródło: Wikipedia)

Piekarski, który podobno w dzieciństwie doznał urazu głowy, podobno miał wobec króla osobistą urazę. Uznał bowiem, że to Zygmunt III Waza jest winien jego życiowej niedoli. Piekarski utracił rodziców, wychowywały go siostry. Przez całe życie miał łatkę dziwaka i melancholika, wykazywał także objawy świadczące o nerwicy. Szwagrowie Piekarskiego, obserwując w jakim jest stanie i jak łatwo popada w furię (a także mając chęć zagarnąć jego majątek), zwrócili się do monarchy z prośbą o ubezwłasnowolnienie. Szlachcic zdał sobie szybko sprawę, że padł ofiarą manipulacji i cały swój gniew skoncentrował na osobie króla Zygmunta. Rany, które zadano monarsze okazały się na szczęście niegroźne, a Piekarskiego najpierw poddano wielokrotnym przesłuchaniom i torturom (nie okazał najmniejszej skruchy), a następnie w okrutny sposób stracono. Uznano także, że przestępca działał sam, nie był w szerszym spisku. Podobno do końca powtarzał, że do ataku namówił go „anioł”.

 Królewska siła perswazji

150 lat później, w kolejnym zamachu (o dość nietypowym przebiegu) uszedł z życiem Stanisław II August. Króla, wracającego z gościny u Michała Czartoryskiego, dyskretnie śledzono. Jeźdźcy zaatakowali monarszą karocę, oddając strzały. Królowi udało się zbiec wyskakując z drugiej strony powozu, ale nim dobiegł do pałacowych drzwi, uzbrojonym po zęby napastnikom udało się go dopaść. Uciekiniera wsadzono na konia, którego wodze trzymał jeden z porywaczy. Zamachowcy ruszyli przed siebie, po drodze gubiąc drogę, lądując w fosie, w której jeden z koni złamał nogę, a sam król stracił futro, pantofel i… odmówił dalszej ucieczki w jednym bucie.

Stanisław II August (źródło: www.ciekawostkihistoryczne.pl)

W końcu, gdy Stanisławowi Poniatowskiemu udało się zostać sam na sam z Janem Kuźmą (jednym z napastników) postanowił wykorzystać swój talent mówcy i wyperswadować mu pomysł porwania. Serce Kuźmy szybko zmiękło… Król i napastnik – zbratani – dotarli w końcu do domu młynarza, który udzielił im gościny (król podał się za ograbionego szlachcica), a następnego dnia, po wysłanym uprzednio liście do generała, władca został odebrany i przewieziony z powrotem na zamek. Zamachu dokonali konfederaci barscy (reprezentanci zbrojnego związku szlachty polskiej, który był przeciwny królowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu), wśród których – prócz Kuźmy – byli Kazimierz Pułaski i Stanisław Strawiński. Celem miało być zmuszenie króla do abdykacji. Kuźma w śledztwie wydał wspólników, a sam, mimo wstawiennictwa króla, został skazany na banicję.

 

Namiestnicy na celowniku

O krok od tragedii byli także namiestnicy, pełniący funkcję oficjalnego reprezentanta króla Polski w Królestwie Polskim, w drugiej połowie XIX wieku. Próbę zamachu na Konstantego Mikołajewicza, wielkiego księcia Rosji, brata cara Aleksandra II, generała i namiestnika Królestwa Polskiego podjęto kilkukrotnie w 1862 roku. Za pierwszym razem napastnicy zrezygnowali z ataku, ponieważ Mikołajewiczowi towarzyszyła żona w zaawansowanej ciąży – w obawie przed chybieniem, poczekali na lepszy moment. Następnego dnia namiestnik udał się jednak do Teatru Wielkiego samotnie.

Konstanty obejrzał część opery Alessandro Stradella, nie dotrwał jednak do końca. Znudzony pieniami solistów i utrudzony wyczerpującym dniem opuścił lożę w czasie drugiego aktu, kierując się powolnym krokiem ku wyjściu. […] Lokaj otwierał już przed Romanowem drzwiczki powozu, gdy książę dostrzegł wyłaniającą się z ciemności postać zmierzającą wprost ku niemu. Myśląc, że młody mężczyzna chce się do niego zwrócić, w jakiejś sprawie, namiestnik przystanął, spoglądając nań pytająco. Stojący nieco dalej policjant Piotr Biały wbił wzrok w młodzieńca, wyczuwając, że ma niecne zamiary. Nie mylił się. Gdy Jaroszyński gwałtownym ruchem wyszarpnął broń z kieszeni, Biały doskoczył do niego i zamachnął się drewnianą lagą. Rozległ się dźwięk uderzenia i huk – kij rąbnął w rewolwer dokładnie w chwili wystrzału. Zamiast w serce, pocisk trafił w okolice obojczyka księcia. Trysnęła krew, Konstanty jęknął, oderwany kulą epolet z ramienia poleciał do tyłu.”

Sprawcą zamachu był Ludwik Jaroszyński, czeladnik krawiecki, członek Organizacji Miejskiej Warszawy. Konstantemu na szczęście nic poważnego się nie stało, kula drasnęła tylko obojczyk.

Aleksander Wielopolski (źródło: twojahistoria.pl)

Nieco ponad miesiąc później dwukrotnie dokonano próby zamachu również na margrabiego Aleksandra Wielopolskiego, naczelnika uzależnionego od Rosji cywilnego rządu Królestwa Polskiego. Za pierwszym razem sprawcą był litograf Ludwik Ryll, który chybił – Wielopolski uszedł z życiem. Tydzień później, w pogodny dzień margrabia udał się z rodziną na spacer do Łazienek, gdzie po raz kolejny dokonano próby zamachu na jego życie. Tym razem sprawcą był Jan Rzońca, który rzucił się na Wielopolskiego zatrutym strychniną sztyletem. Jak twierdził rosyjski historyk Nikołaj Berg, „jeden gram tej masy, zadany dwumiesięcznemu szczenięciu spowodował śmierć natychmiastową”. Wielopolski zdążył się jednak uchylić. Rzońca, Ryll i Jaroszyński zostali straceni przez powieszenie na stokach Cytadeli, cała trójka w odstępie kilku dni, na oczach tysięcy gapiów.

 

O młodzieńcach, którzy działali w ramach konspiracyjnego Komitetu Centralnego Narodowego, układano wiersze, które jeszcze długo później krążyły po mieście:

Jeszcze Polska nie zmarniała,
Kiedy w jednym dniu wydała
Tak obfity plon.
Trzech młodzieńców – dzieci gminu
Wybujałych kwieciem czynu
Gotowych na skon…

Zamach na Fiodora Berga (źródło: Wikipedia)

Jedną z niedoszłych ofiar sztyletników (jak nazywano organizację zbrojną, powołaną do istnienia przez Komitet Centralny Narodowy), która zajmowała się działalnością terrorystyczną i dywersyjną, był także ostatni namiestnik Królestwa Polskiego, Fiodor Fiedorowicz Berg. Z okien Pałacu Zamoyskich wyrzucono na niego bombę. Rosjanie, w ramach odwetu, zdewastowali pałac, wyrzucając z jego okien meble, książki, rękopisy, obrazy i… fortepian Fryderyka Chopina. Wydarzenie to było bezpośrednią inspiracją dla wiersza Fortepian Szopena Cypriana Kamila Norwida. To jednak nie koniec mrocznych wątków z kart historii. Zapraszamy do lektury drugiej części artykułu, w której Piłsudski mierzy się ze Smokiem, Niewiadomski strzela na otwarciu wystawy, a I sekretarz Gomułka staje się celem ataku „bombiarza”, który zostawia ładunki w nietypowych miejscach. W drugiej części przywołamy także wydarzenia sprzed dziewięciu lat i te z początku roku, które sprawiły, że społeczeństwo polskie zamarło i które wciąż są na ustach wielu Polaków.

Ads

facebook