Czasem można spotkać się z opiniami, że „Anię…” należy unowocześnić, bo nie przystaje do dzisiejszej mentalności. Ale przecież Ania nie przystaje też do mentalności Avonlea końca XIX wieku – mówi Joanna Gorecka-Kalita, autorka nowego tłumaczenia i współautorka adaptacji „Ani z Zielonego Wzgórza” w wywiadzie udzielonym Kamili Paradowskiej.

Kiedy przeczytałam scenariusz do „Ani z Zielonego Wzgórza” przygotowany przez Panią i reżysera Marka Pasiecznego moją pierwszą reakcją była myśl – „Tak, to jest Ania z Zielonego Wzgórza”!

To oczywiście największy komplement dla tłumacza, usłyszeć zdanie „Tak, to jest Ania”. Jednocześnie od razu dopowiadam sobie: dla Pani to jest Ania. Ale czy każdy tak to odbierze? Trudno powiedzieć. Jeśli wychowała się Pani na przekładzie Rozalii Bernsteinowej (czyli Janiny Mortkowiczowej), to mamy wspólne doświadczenie, i jest szansa, że to „będzie Ania” dla nas obu, czyli, używając terminologii Umberto Eco, nasza intentio lectoris będzie podobna. Ale czy to również będzie Ania dla dzisiejszych jedenasto- i dwunastolatek, które czytały przekład Agnieszki Kuc lub najnowszy Pawła Beręsewicza? Mam mimo wszystko nadzieję, że udało mi się w jakiejś mierze uchwycić to, co w Ani najistotniejsze i co stanowi o tym, że to jest ona, rozpoznawalna w ciągu sekundy wśród mnóstwa innych bohaterek.

Co jest tym najważniejszym elementem, który należało przenieść z języka powieści, aby brzmiał on, jak to, co kojarzymy, czy pamiętamy z naszej lektury?

Starałam się, jeśli można tak powiedzieć, być delikatna w stosunku do tekstu, zarówno oryginalnego, jak i tego funkcjonującego już w polskiej kulturze (a Ania wrosła w nią już od czasów drugiej wojny!): nie forsować jakiejś nowej intentio translatoris, zmiany wprowadzać tylko w tych miejscach, w których nie miałam wątpliwości, że proponowana przeze mnie wersja jest lepsza. Natomiast kluczową sprawą było przede wszystkim przełożenie języka pisanego na język mówiony. Pomogło mi w tym wieloletnie doświadczenie tłumacza konferencyjnego oraz uczestnictwo w licznych konferencjach naukowych czy panelach. Zabieg ten nie polega na wprowadzaniu stylu potocznego, lecz przede wszystkim na modyfikacji szyku zdań i zbudowaniu napięć w dialogach, tak by tekst dał się „słyszeć”.

Nie kusiło Panią, żeby jednak jakieś zmiany wprowadzić, dokonać reinterpretacji tej opowieści?

Czasem można spotkać się z opiniami, że „Anię…” należy unowocześnić, pozbawić staroświeckiej patyny, dostosować do współczesnych kanonów. Nie podzielam tego zdania. Owszem, Ania – ze swoimi górnolotnymi wyrażeniami, wrażliwością poetycką i marzycielskim zachwytem nad pięknem przyrody – może z pozoru nie przystawać do dzisiejszej mentalności. Ale przecież Ania nie przystaje też do mentalności Avonlea końca XIX wieku: na tym to polega. Jest źródłem zachwytu dla Mateusza, zaskoczeniem dla Maryli, zgorszeniem dla parafian, szokiem dla pani Linde… Właśnie dlatego, że jest inna niż spokojny, poukładany świat ówczesnej kanadyjskiej prowincji: nie boi się wyrażać własnego zdania (do tego zawsze je ma!), jest impulsywna, żywiołowa, nie zastanawia się „co ludzie powiedzą”… Nie uważam więc, by było konieczne – ani nawet wskazane – w jakikolwiek sposób na siłę ją „udzisiejszać” czy uwspółcześniać. Natomiast samą narrację na pewno można „odświeżyć”, jak zresztą uczynił to ostatnio choćby Paweł Beręsewicz (choć w słusznym skądinąd zamiarze „odinfantylizowania” książki pozwolił sobie miejscami, moim zdaniem, na nazbyt daleko idącą dowolność).

W Polsce funkcjonuje wiele tłumaczeń powieści oraz kilka adaptacji teatralnych. Najczęściej graną adaptacją jest ta, przygotowana przez Andrzeja Konica, w której… nie ma postaci Gilberta, a słynna scena z rozbitą na głowie tabliczką jest relacjonowana w innej scenie. Czy czytała Pani inne adaptacje? A może zna Pani też adaptacje przygotowane dla widza anglojęzycznego lub mówiącego po francusku?

Świadomie nie czytałam innych adaptacji, na takiej samej zasadzie, jak podejmując się tłumaczenia, staram się w miarę możności – bo nie zawsze się da – unikać czytania już istniejących przekładów. Nie chcę się nawet mimowolnie sugerować. To trochę tak, jak z czytaniem książki przed obejrzeniem jej filmowej adaptacji: w odwrotnym przypadku przy czytaniu zawsze już będziemy widzieć postaci z filmu, a nasza wyobraźnia zostanie zubożona; nie stworzymy sobie własnego obrazu. A ja właśnie chciałam, by to była nasza Ania; reżysera i moja. Adaptacja jest zawsze autorska. Oczywiście, przekład Bernsteinowej znam niemal na pamięć, nic na to nie poradzę. Nie uważam zresztą, by był zły, choć z pewnością mocno się zestarzał i miejscami grzeszy infantylnością; ginie też w nim często subtelna ironia Montgomery.

Po skończeniu pracy, owszem, przeczytałam adaptację Andrzeja Konica – dla porównania. Trochę to niezręczne, krytykować niemal „kanoniczną” wersję, graną setki razy, ale… mnie się ona nie podoba. Literacko to nic innego, jak mocno okrojony przekład Bernsteinowej – Konic z pewnością nie tylko nie sięgnął do oryginału, ale też nie postarał się w żaden sposób przełożyć języka przekładu na styl „mówiony” – a do tego w opowiadanej historii brak moim zdaniem zarówno poezji, jak i dramatyzmu. Choćby tak ważny moment śmierci Mateusza: u Konica Mateusz pada gdzieś za sceną, a potem już jest po śmierci i pogrzebie, tak jakby ten wątek został ocenzurowany, polukrowany, by oszczędzić młodym widzom drastyczności śmierci. To taka „Ania” bez zębów, ze spiłowanymi pazurkami…

Przygotowując się do tłumaczenia czytała Pani wielokrotnie wersję Lucy Maud Montgomery, czy może z racji doskonałej znajomości języka francuskiego również przekłady francuskie?

Oczywiście, czytałam oryginał po wielekroć, nie tylko przygotowując się do tłumaczenia – po raz pierwszy przeczytałam go z dobre ćwierć wieku temu, a potem jeszcze dobrych kilka razy. Na przekład francuski kiedyś z ciekawości rzuciłam okiem, ale przy tłumaczeniu nie widziałam takiej potrzeby; nie sądzę, by cokolwiek mogło mi to dać. Polski i francuski to zupełnie inne języki, i strategie tłumacza francuskiego raczej nie przydadzą się polskiemu. We Francji zresztą popularność „Ani” jest nieporównywalnie mniejsza niż w Polsce… i w Japonii!


Naprawdę w Japonii? Ma Pani taki ogląd, w którym kraju ta historia „wrosła” najmocniej w kulturę, czy tożsamość młodych czytelników?

Z tego, co wiem, fenomenem jest właśnie Japonia: na wyspie Hokkaido zbudowano nawet dokładną replikę Avonlea; tysiące japońskich turystów pielgrzymują corocznie do Cavendish na Wyspie Księcia Edwarda… Przeczytałam artykuł BBC analizujący przyczyny tej popularności, gdzie mowa jest między innymi o ciężkiej sytuacji powojennej Japonii, w której historia wrażliwej, rudowłosej sieroty uderzyła szczególnie czułą strunę: być może po części byłoby to doświadczenie wspólne z polskim? Ale mam też własną teorię na ten temat. Moje dzieci wychowały się na filmach Studia Ghibli – przede wszystkim legendy anime Hayao Miyazakiego, ale też Mamoru Hosody, Hirosamy Yonabayashiego, Isao Takahaty, Goro Miyazakiego… To cudowne kino, zupełnie inne od disnejowskiego kiczu, pełne magii i poezji… I mam wrażenie, że tematem fascynującym wielu japońskich reżyserów jest dojrzewanie, dorastanie, które potrafią portretować z niezwykłą wnikliwością i subtelnością. Nie przypadkiem asystentem Isao Takahaty, reżysera niezwykle popularnego japońskiego serialu o Ani „Akage no An”, powstałego w 1979 roku, był właśnie młody Hayao Miyazaki, który miał potem stworzyć takie arcydzieła jak „W krainie bogów”, „Mój sąsiad Totoro” czy „Ruchomy Zamek Hauru”.

Na zdjęciu: Joanna Gorecka-Kalita, fot. archiwum prywatne

Mam wrażenie, że w Pani tłumaczeniu zostały zachowane nazwy własne, które wszyscy kojarzymy, takie jak np. Jezioro Lśniących Wód, ale na przykład Ania nie rozbija na głowie Gilberta tabliczki, a książkę. Jak podchodziła Pani do takich szczegółów? Były dla Pani ważne w czasie pracy nad tekstem?

Dziś wśród tłumaczy dominuje tendencja do zachowywania większości nazw własnych w ich oryginalnym brzmieniu. Zasadniczo się z tym zgadzam, ale w przypadku „Ani” jest trochę inaczej: po pierwsze, znaczenie nazw jest ważne – i dla samej Ani, i dla odbiorcy tekstu; po drugie, pewne nazwy już się „utarły” w tradycji przekładu i nie uważam, że trzeba je na siłę zmieniać. Dlatego zostało np. Jezioro Lśniących Wód, co jest zresztą wiernym przekładem oryginału (Lake of Shining Waters). Ale już taką Białą Drogę Rozkoszy (White Way of Delight) bez wahania zmieniłam na Białą Drogę Zachwytu – tłumaczenie Bernsteinowej jest nieścisłe i do tego dziś niesie z sobą zupełnie tu niepotrzebną „erotyczną” konotację. Podobnie rzecz ma się z imionami, począwszy od samej Ani… W oryginale mamy słynną „Anne spelled with an E”: to jest nieprzetłumaczalne (w wymowie nie ma żadnej różnicy między „Anne” i „Ann”, co trzeźwo zauważa Maryla – Ania, ze swoją wrażliwością literacką, chce by przy wymawianiu jej imienia widzieć je zapisane z „eleganckim” „e” na końcu), i przekład Bernsteinowej grzeszy tu w moim odczuciu wyjątkową niezręcznością – „Ania, nie Andzia”. Zapewne najlepszym wyborem było „Anna, nie Ania”, ale przecież pokolenia wychowały się na „Ani z Zielonego Wzgórza” i zrobienie z niej teraz „Anny z [domu] o Zielonych Frontonach (takie jest bowiem znaczenie tytułowych „Green Gables”)” nie byłoby w moim odczuciu gestem odwagi ze strony tłumacza, lecz raczej brakiem koniecznej pokory. Do tego w języku polskim używamy wołacza – i gdyby Mateusz czy Maryla mówili do Ani „Anno”, brzmiałoby to straszliwie oficjalnie… Z kolei pani Linde nosi w oryginale imię Rachel, i nowsze tłumaczenia polskie zachowują to brzmienie. Ale ja nic nie poradzę na to, że dla mnie pani Linde to Małgorzata, i koniec! Pojawiający się tu i ówdzie argument, że Bernsteinowa zmieniła imię, bo brzmiało zbyt żydowsko, wydaje mi się niezbyt przekonujący, zważywszy, że sama pochodziła z rodziny żydowskiej; była to więc raczej strategia pewnej ekwiwalencji: Małgorzata jest po prostu „swojskim” imieniem dla skądinąd poczciwej, ale wścibskiej sąsiadki, wiecznie prawiącej kazania i wszystko wiedzącej lepiej – każdy z nas zna taką Małgorzatę…

A co do rozbitej tabliczki: gdybym przekładała książkę, zachowałabym na pewno tabliczkę. Przy czytaniu jest czas, żeby sobie wyjaśnić pewne sprawy… Ale teatr posługuje się znakiem, pewnym skrótem, i tu rozwalenie koledze na głowie książki (a nie jest to wszak jakaś wielka zdrada wobec oryginału) wydało mi się tyleż czytelne, ile efektowne!

Pomimo braku zmian w charakterze opowieści w spektaklu spotkamy się z gestem dość radykalnym, mianowicie – ta wersja „Ani…” rozpocznie się śmiercią Mateusza, a potem nastąpi retrospekcja wydarzeń. Skąd pomysł na takie przeniesienie akcentu tej opowieści – zwrócenie uwagi na postać Mateusza i jego relację z Anią?

To oczywiście był pomysł reżysera, ale ja się z nim w pełni zgodziłam. Relacja Ani z Mateuszem jest bowiem moim zdaniem kluczowa. Mateusz – z pozoru cichy, wycofany, niemal – jak powiedział jeden z krytyków, autystyczny – jest w tym świecie silnych, gadatliwych kobiet rzeczywistym katalizatorem wszystkich istotnych wydarzeń i zwrotów. To jego cichy upór – i opór – pozwoli Ani zostać na Zielonym Wzgórzu. To jego dyskretna prośba sprawi, że Ania przeprosi rozjuszoną panią Linde. To dzięki niemu – mimo jego niezdarności – Ania zacznie zmieniać się z kaczątka w łabędzia: za sprawą sukienki z bufiastymi rękawami, deklamacji na koncercie, naszyjnika z pereł… To on w gruncie rzeczy będzie stał za decyzją o jej dalszym kształceniu. I wreszcie, co najistotniejsze, to on Ani da siłę, poczucie wartości i wiarę we własne możliwości, bo to on będzie w nią wierzył, od początku do końca. Bez tej wiary Ania nigdy by nie rozwinęła skrzydeł, nieustannie sprowadzana na ziemię przez trzeźwą Marylę – a i Maryla bez cichego zachwytu Mateusza nie dostrzegłaby całego bogactwa osobowości Ani. Pani Linde nie ma racji, kiedy mówi o Mateuszu „ten człowiek zbudził się po sześćdziesięciu latach snu!” To Maryla się budzi; Mateusz od początku otwiera swoje serce przed Anią. Ania o tym wie, i dlatego Mateusz przez ten cały czas jest dla niej opoką i punktem odniesienia.

Jeśli czytać „Anię” jako bildungsroman, powieść formacyjną, to śmierć – i pogrzeb – Mateusza stanowią swoisty obrzęd przejścia, kończący formację Ani, oznaczający symboliczny kres jej dzieciństwa i wejście w dorosłe życie: czas podejmowania samodzielnych wyborów i decyzji, czas wzięcia odpowiedzialności za innych (Maryla) i nawiązania relacji z innym mężczyzną (Gilbert).

Pytam dużo o wybory, bo chyba w pracy adaptacyjnej, związanej również z nowym tłumaczeniem te są najważniejsze. Powieść ma cały wielki pejzaż emocji i przestrzeni – dla spektaklu trzeba stworzyć dialogi, powołać wybrane sceny. Mocno spierała się Pani z reżyserem, o to, co powinno się znaleźć w spektaklu? Które sceny okazały się konieczne, aby ta historia się „opowiedziała”?

Hm, nie spieraliśmy się tak wiele. Od początku ustaliliśmy, co jest dla nas obojga ważne, i co chcemy, żeby „wybrzmiało”: relacja Ani z Mateuszem, przemiana Maryli, Ani wrażliwość na piękno języka i piękno przyrody (ten ostatni element jest praktycznie nieobecny w adaptacji Konica, a dla mnie stanowi niezbywalną część tożsamości Ani), całe jej intensywne przeżywanie świata. Chcieliśmy, żeby powstała opowieść zabawna, ale i poetycka jednocześnie; głęboka i lekka zarazem – bo taka właśnie jest Ania. Zastanawialiśmy się np. przez chwilę, czy zostawić „zielone włosy”, bo nie wydały nam się koniecznym elementem opowiadanej przez nas historii… ale pomyśleliśmy, że wierne fanki Ani mogłyby nam tego nie darować! No, ja oczywiście starałam się „bronić” tekstu przed nadmiernym okrawaniem; walczyłam o każdy fragment, który wydał mi się istotny… Ale decydujące zdanie należało do reżysera, dlatego z pierwszego mojego przekładu ostała się na końcu zaledwie połowa.

Czy lektura „Ani…” po latach i praca nad nią pozwoliła Pani jakoś inaczej spojrzeć na tę historię? Ma Pani poczucie, że odnalazła w tym tekście coś nowego dla siebie, co dotyka w dorosłym życiu może nieco inaczej niż w dzieciństwie?

Ja właściwie mam pewną ciągłość w czytaniu „Ani…”: wracałam do tej książki wielokrotnie, potem czytałam ją moim dzieciom… To jedna z moich książek-przyjaciółek, które odwiedzam regularnie – a przyjaźń nie liczy upływającego czasu. Natomiast zawodowe „skrzywienie” literaturoznawcy i tłumacza, a także uważne czytanie oryginału już pod kątem tłumaczenia, pozwoliło mi odkryć mnóstwo subtelnych aluzji do literatury, szczególnie poezji, a także świetne wyczucie języka i cudownie ironiczne poczucie humoru Montgomery. Niektóre zabawy słowem giną całkowicie w przekładzie Bernsteinowej: jako dziecko np. nie rozumiałam, dlaczego Diana mówi, że „to bardzo brzydko przysięgać”. A angielskie słowo „swear” znaczy, owszem, „przysięgać”, ale przede wszystkim „kląć, przeklinać”. Więc stąd przerażenie grzecznej Diany, że oto jakaś patologiczna sierota – na pewno uprzedzano ją, czym grożą takie znajomości – każe jej kląć!

Nie widziała Pani dotąd żadnej próby do spektaklu, także samo przedstawienie zapewne będzie dla Pani zaskoczeniem. Czego się Pani spodziewa i na co ma nadzieję?

Zacznę od anegdoty. Mam takie traumatyczne doświadczenie z dzieciństwa: babcia zabrała mnie do teatru w Warszawie na „Anię z Zielonego Wzgórza”. To był koszmar. Moja ukochana książka została, mówiąc językiem gombrowiczowskim, zgwałcona na scenie, na której oglądałam dwie stare, grube baby, grające Anię i Dianę, i jedyne co do dziś pamiętam, prócz ogólnego wrażenia niesmaku, to bełkoczącą i zataczającą się Dianę, zagrywającą się w scenie „pijaństwa” oraz wyjącą wniebogłosy Anię z zielonymi włosami… Było to niewyobrażalnie prostackie. Dzieci są w gruncie rzeczy bardzo wymagającymi odbiorcami i nie dają się nabrać na tzw. hucpę. Więc moją pierwszą reakcją, kiedy usłyszałam o planowanej w Teatrze „Ani”, był lęk. I słowo do reżysera: „jak zamordujesz moją ‘Anię’, to ja cię zamorduję.” Ale ta obawa szybko ustąpiła miejsca zaufaniu – do wrażliwości reżysera, intuicji dyrekcji, umiejętności zespołu. Cieszę się, że nie widziałam próby, bo chcę dać się zaskoczyć. Mam nadzieję, że to będzie piękny spektakl – taki, który Ania Shirley obejrzałaby z zachwytem.

Joanna Gorecka-Kalita
romanistka-mediewistka, adiunkt w Instytucie Filologii Romańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, tłumacz języka francuskiego i angielskiego. Zajmuje się starofrancuską literaturą średniowieczną oraz przekładem literackim. Jest autorką pierwszego polskiego tłumaczenia oryginalnych średniowiecznych utworów należących do legendy Tristana i Izoldy (Ossolineum, 2006) oraz autorką książki pt. Pustelnik na czworakach (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2017); napisała też książeczkę dla dzieci pt. Opowieść o stworzeniu zwierząt (niektórych); przygotowuje do wydania antologię średniowiecznych opowieści dla młodych czytelników. Ma w swoim dorobku liczne przekłady, zarówno tekstów dawnych jak i współczesnych. Dla Teatru Współczesnego tłumaczyła Kaligulę Alberta Camus (spektakl w reżyserii Anny Augustynowicz, w koprodukcji z Teatrem im. Jaracza w Łodzi).

  • kuratorka projektu "Dorosłość", autorka książki "Teraz! Ilustrowana historia Teatru Współczesnego w Szczecinie"

Ads

facebook