„Ja poza tym, że pracuję w teatrze, bardzo kocham teatr i uwielbiam pójść na spektakl, który mnie poruszy” – o początkach zawodowej kariery, podróżach, sile sztuki teatru i… kobietach w teatrze opowiada w rozmowie z Katarzyną Knyszyńską aktor Adam Kuzycz-Berezowski.

Katarzyna Knyszyńska: Adam, jesteś absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, a już po ukończeniu studiów zadebiutowałeś na deskach szczecińskiego Teatru Współczesnego w spektaklu „Wesele” Anny Augustynowicz. Czy Twoja przygoda z teatrem w Szczecinie to kwestia przypadku, czy celowy powrót do korzeni?

Adam Kuzycz- Berezowski: Po premierze drugiego dyplomu w szkole teatralnej dostałem propozycję pracy w Lublinie. Pojechałem tam na rozmowę z dyrektorem, który dał mi czas na zastanowienie się i podjęcie decyzji. Ten czas postanowiłem wykorzystać sprawdzając, czy mam możliwość pracy w teatrach, o których gdzieś w głębi marzyłem. Jednym z tych miejsc był Teatr Współczesny w Szczecinie. Większość swojego nastoletniego życia spędziłem w Stargardzie i to Teatr Współczesny był pierwszym teatrem, który wyrył się w mojej pamięci. To na nim się wychowałem. Paląc papierosa wykręciłem numer do szczecińskiego TW. Szczęście chciało, że Anna Augustynowicz zaczynała wtedy próby i  kompletowała obsadę „Wesela”. Dwa dni później już byłem w Szczecinie na rozmowie, a po wyjściu z teatru od razu zadzwoniłem do Wojtka Sandacha (byliśmy razem na roku), żeby również spróbował swoich sił. No i tak się ostaliśmy w Teatrze Współczesnym.

K.K: Czy Szczecin według Ciebie sprzyja rozwojowi, pracy twórczej młodych artystów? Pomijając oczywiście kwestię szkoły aktorskiej, której niestety u nas brak.

A.K-B: Myślę, że są w Polsce miasta, które bardziej temu sprzyjają niż Szczecin. Warszawa, Kraków, Wrocław to duże ośrodki kulturalne i akademickie, zatem siłą rzeczy dają młodym artystom więcej możliwości rozwoju. Z drugiej strony, ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że studia w Krakowie nie nauczyły mnie tyle, ile wyniosłem z jednej pracy przy „Weselu” z Anią Augustynowicz.

K.K: Dużo osób twierdzi, że Szczecin to margines, dziki zachód, a w serialach gdy aktor musi gdzieś wyjechać, wyjeżdża akurat do Szczecina, czyli bardzo daleko (śmiech).

A.K-B: (śmiech) No tak, to prawda, smutna prawda. Czasami mnie to nawet denerwuje, ponieważ mimo wszystko uważam Szczecin za świetne miasto do życia. Coraz lepiej się tu żyje, nadganiamy rozwojem do innych miast, a co za tym idzie – pojawiają się nowe możliwości. Powstanie np.  nowej Filharmonii otworzyło nowe horyzonty edukacyjne dla ludzi w każdym wieku (w tym tych najmłodszych). W niektórych projektach miałem nawet okazję uczestniczyć – „Bromba i muzyka”,  reż. Adam Wojtyszko, „Góra-dół – być jak Karłowicz” scenariusz: Agata Kolasińska i Patrycja Kowalska).

K.K: Grasz na deskach Teatru Współczesnego, w Piwnicy przy Krypcie występujesz w improwizowanych przedstawieniach Impro z Krypty, działasz w Filharmonii. Do tego współpracujesz z Łoną i Webberem przy produkcjach teledysków do ich utworów („Gdzie tak pięknie?”). Jak Ty znajdujesz czas na to wszystko?

A.K-B: Prawda jest taka (co myślę potwierdzą koleżanki i koledzy po fachu), że w naszym zawodzie albo jest dużo pracy i kalendarz pęka w szwach, albo jest tak, że nie robi się kompletnie nic. Dwa lata temu znalazłem się właśnie w takiej sytuacji. Miałem tylko jedną premierę, sporo spektakli, w których grałem zeszło z afisza i nagle zrobiła się pustka. Na szczęście zaczęły pojawiać się różne propozycje i skończyło się na tym, że sezon 2016/2017 był najintensywniejszy w mojej tzw. karierze. Miałem aż pięć premier (W Teatrze Współczesnym – „Pustostan”, „Feinweinblein. W starym radiu diabeł pali”, „Bzik. Ostatnia minuta”, w Filharmonii – „Bromba i muzyka” oraz w Piwnicy przy Krypcie „Niesamowici bracia Limbourg”).

Adam Kuzycz-Berezowski i Magdalena Wrani-Stachowska jako Brzechajło i Berta w spektaklu „Bzik. Ostatnia minuta”, reż. E. Marciniak, fot. N. Kabanow

K.K: „Bzik. Ostatnia minuta” w reżyserii Eweliny Marciniak to ostatnia premiera ubiegłego sezonu na Dużej Scenie. Jest to spektakl, który oscyluje wokół orientu, podróżowania. Uważam, że jest to zupełnie inna forma teatru niż te, które dotychczas powstały w Teatrze Współczesnym. Jakie są Twoje wrażenia po tym przedstawieniu?

A.K-B: Uważam ten spektakl za absolutnie wyjątkowy. Patrząc przez pryzmat dziesięciu lat, które spędziłem w Teatrze Współczesnym, sądzę że Ewelinie (i mam nadzieję nam – aktorom) udało się stworzyć przedstawienie, które może porywać na tak wielu płaszczyznach. W „Bziku” podejmujemy ważne i trudne tematy, a jednocześnie jest w nim dużo humoru, mamy bajeczną scenografię i rewelacyjne role moich kolegów i koleżanek. To, jakie rejony odkrywaliśmy wraz z Eweliną, to czego od nas wymagała, było niezwykłe i bardzo twórcze. Ten spektakl jest prawdziwą teatralną przygodą – naszą i widzów.

K.K: Słyszałam, że materiał, ilość monologów i scen, którymi dysponowaliście na próbach, starczyłby spokojnie na pięć godzin przedstawienia.

A.K-B: Tak, dużo materiału nam odpadło w miarę pracy nad kształtem „Bzika”. Czasami żartujemy, że z materiału, który nie został wykorzystany, zrobimy część drugą (śmiech). Jak wspominałem tworzenie tego przedstawienia było fantastyczną przygodą i jestem przekonany, że dla widzów może być ono również niezwykłym doświadczeniem. Trochę jestem zdziwiony, że „Bzik” ma taki mały odzew ze strony szczecińskiej publiczności, ale być może na to jeszcze przyjdzie czas.

K.K: Czy podróżowanie po świecie z częścią obsady „Piotrusia Pana” (Wojciechem Sandachem i Magdaleną Wrani-Stachowską) oraz reżyserką obu przedstawień („Bzik. Ostatnia minuta” i „Piotruś Pan”), Eweliną Marciniak, było inspiracją do kreowania tego spektaklu? Czy „Bzik” w jakimś stopniu opiera się na Waszej realnej obserwacji świata, który odwiedzacie?

A.K-B: Pomysł na zrobienie „Bzika” tu, w Szczecinie, przyszedł Ewelinie po naszej pierwszej wspólnej wyprawie. W samej pracy także wielokrotnie odwoływaliśmy się do wspólnych doświadczeń. Przedstawienie jednak nie jest stuprocentowym odzwierciedleniem tych przeżyć. Jest ono pewnym przetworzeniem naszych myśli, gdzie nasze obserwacje stały się trampoliną do podjęcia trudnych tematów. Zdarza się, że „Bzikowi” zarzuca się zatrzymanie na poziomie publicystyki (ja tak oczywiście nie uważam). Podjęte są w tym spektaklu mocne zagadnienia, m.in. temat wykorzystywania ludzi na całym świecie, tego jak bardzo my, Europejczycy, zdominowaliśmy świat poprzez kolonizację, to jakie przyniosła i przynosi do dziś skutki. Co do wypraw po świecie, to świetnie nam się razem podróżuje, doskonale się rozumiemy, lubimy to robić. Z Wojtkiem jeżdżę już od dłuższego czasu, do tego dołączyła reżyserka Ewelina oraz moja narzeczona Madzia.

K.K: A jakie miejsca odwiedziliście wspólnie jako ekipa przyjaciół z Teatru Współczesnego?

A.K-B: Ostatnio ekipa poleciała do Gruzji, ja niestety tym razem się z nimi nie zabrałem. Wcześniej byliśmy w Tajlandii, Malezji, na Borneo, w Singapurze, jechaliśmy węglarką przez Saharę, podróżowaliśmy drogą lądową do Indii, choć nie do końca, ponieważ niestety nie wpuszczono nas dla naszego bezpieczeństwa do Pakistanu, w związku z trwającymi tam działaniami wojennymi. Finalnie wyszło nam to na korzyść, ponieważ przepłynęliśmy promem przez Zatokę Perską do Dubaju. Ponad miesiąc byliśmy w Indiach, do których dostaliśmy się przez Turcję i wspaniały Iran. Z naszymi podróżami jest m.in. związana taka historia, która ostatecznie nie została opowiedziana przeze mnie w ,,Bziku”. Po wylądowaniu w Delhi pojechaliśmy taksówką do bardzo biednej dzielnicy – Paharganj – tam mieliśmy szukać noclegu. Było wcześnie rano, miasto budziło się do życia. W pewnym momencie zobaczyłem śmietnisko. Odoru, jaki tam panował nie sposób przybliżyć słowami. Najpierw z tej dziupli wybiegł ogromny szczur, zaraz za nim w śmieciach zaczęło coś się ruszać. Zobaczyłem małą, może pięcioletnią, brudną dziewczynkę. Właśnie się obudziła i z miejsca zaczęła przebierać śmieci. Oniemiałem. Za nią pojawiła się reszta rodziny – ojciec i matka z malutkim niemowlęciem. Stałem w tym smrodzie… z otwartymi ustami… i  pomyślałem, że musi być wojna. O tym tez mówimy w
„Bziku”, ale nie wprost. Takie historie nie są publicystyką.

K.K: To, o czym mówisz z pewnością należy do rzeczywistych faktów. Wątki, które poruszacie w „Bziku”, oczywiście nie wszystkie, są żywym obrazem wschodu, który widzieliście na własne oczy.

A.K-B: Tak i nie. Na przykład dramaturgowi, Jankowi Czaplińskiemu, bardzo zależało żeby w mojej postaci przedstawić motyw zdjęć – fotografowania biedy. Dla mnie to nie było tak pociągające, ponieważ ten temat był już podejmowany w „Jak umierają słonie” Marcina Libera przez postać Davida (graną przez Michała Lewandowskiego). Sam bardzo lubię robić zdjęcia. I choć nie wszystkie są dobre, to robię ich dużo, bo satysfakcja z jednego udanego zdjęcia jest przeogromna (śmiech). W tym przedstawieniu, jak sam lubię swoją rolę nazywać, gram sumę wszystkich strachów. Polak z wakacji all inclusive – postać, która bezpardonowo „jedzie” po wszystkim, co spotka na swojej drodze, nie potrzebuje dresu, sandałów, skarpet i reklamówki – od pierwszego słowa wiemy, z kim mamy do czynienia. To wszystko w „Bziku” kontrapunktują stringi i peruka, tworząc swoisty dysonans – w moim myśleniu dodatkowy walor wieczoru.

K.K: Osobiście byłam na „Bziku” trzy razy i za każdym razem odkrywałam w nim coś innego. Wyłuskanie pewnych tematów spowodowało u mnie pewnego rodzaju spoliczkowanie wewnętrzne, którego oczekuję po każdym przedstawieniu w teatrze. „Bzik. Ostatnia minuta” to spektakl, który mogę oglądać ciągle i odnajdywać w nim coraz to nowsze obszary warte uwagi.

A.K-B: Taka opinia to najwspanialsza recenzja jaką można dostać po spektaklu. To, o czym mówisz, jest celem naszej pracy.

K.K: Na początku „Bzika” wypowiadasz kwestię, która brzmi mniej więcej tak, że „jako mały chłopak oglądałeś sobie na małym telewizorku w salonie „Gwiezdne Wojny” i chciałeś się kiedyś w nich znaleźć”. No właśnie, marzyłeś o czymś będąc dzieckiem? Czy już wtedy czułeś w sobie pierwiastek artystyczny, który „zaskoczył” w późniejszym czasie i spowodował, że wybrałeś zawód aktora?

A.K-B: Byłem bardzo aktywnym dzieckiem, miałem zbyt bogatą fantazję, a rodzice modlili się, abym więcej spał (śmiech). Lubiłem rozbawiać ludzi, grać dla nich – również na instrumentach. Po przeprowadzce z Bydgoszczy (w której się urodziłem) do Stargardu, dołączyłem do klasy, którą prowadziła Pani Bożenka Skwira. Ona była moim pierwszym przewodnikiem – poniekąd zabrała mnie w świat teatralny. Dzięki niej wziąłem udział w pierwszym konkursie recytatorskim, potem w kolejnych – te często wygrywałem. Potem grałem w teatrzyku szkolnym prowadzonym przez panią Bożenkę, a za swoje role dostawałem pierwsze nagrody aktorskie.

K.K: Ale w życiu każdego z nas niespodziewanie przychodzi taki moment, w którym trzeba obrać drogę, którą chcemy dalej podążać. Jak było u Ciebie?

A.K-B: W liceum chodziłem do klasy o profilu matematyczno – fizycznym i kompletnie przestałem się zajmować aktorstwem. Hobbystycznie zabrałem się za death metal. Interesował mnie bunt, hałas i zapach potu (śmiech). Nagle przyszła czwarta klasa, koniec liceum – trzeba pomyśleć co dalej! No i przypomniałem sobie wtedy o teatrzyku sprzed lat. Chciałem spróbować, czy nadal jestem w tym dobry. Pojechałem na konkurs recytatorski do Połczyna-Zdroju. Pech chciał, że zapomniałem tekstu na scenie i ze wstydu uciekłem do domu (śmiech). Jak się potem okazało zająłem trzecie miejsce, które było dla mnie ogromnym wyróżnieniem, biorąc pod uwagę tę pomyłkę. Później dołączyłem do amatorskiego Teatru Krzywej Sceny i Teatru Nie Ma, prowadzonego przez Tatianę Malinowską-Tyszkiewicz. Postanowiłem spróbować swoich sił na egzaminach do szkoły teatralnej. Spodobałem się profesorowi Krzysztofowi Globiszowi i się dostałem.

W roli tytułowej w spektaklu „Król Edyp”, reż. R. Zioło, fot. P. Nykowski

K.K: 4 listopada odbyła się premiera „Króla Edypa” w reżyserii Rudolfa Zioły. Jak czujesz się w przedstawieniach, które dotykają epok, bohaterów sprzed wielu lat? Uważasz, że warto odkopywać takie teksty, czy lepiej bazować na tych współczesnych?

A.K-B: Teatr współczesny (nie tylko ten szczeciński) nie musi posługiwać się tylko tekstami współczesnych autorów. Teatr współczesny może wspaniale przetwarzać klasykę – konfrontować
„na nowo” z nami, żyjącymi dziś. Wyprowadzenie sztuki klasycznej na nasze czasy tak, aby rezonowała z współczesnym widzem nie jest łatwe, ale udane realizacje pokazują ogromną siłę sztuki teatru – pokazują, jak „dawne” dramaty mogą leczyć dziś. Ja poza tym, że pracuję w teatrze, bardzo kocham teatr i uwielbiam pójść na spektakl, który mnie poruszy. Czy nam się to udało? Zobaczymy.

K.K: Jesteś także jednym z inicjatorów (wraz Małgorzatą Klarą, niegdyś aktorką Teatru Współczesnego) Teatru Niekonsekwentnego w Szczecinie. Dzięki tej działalności powstał m.in. spektakl „Między nogami”, który na kanwie komedii Arystofanesa, porusza temat relacji między kobietami i mężczyznami. Niestety często, kiedy myślimy o relacjach damsko-męskich, przychodzą nam do głowy pojęcia takie, jak dyskryminacja czy rywalizacja. A jak jest w teatrze? Konkurujecie ze sobą, czy może płeć piękna ma taryfę ulgową np. na próbach?

A.K-B: Artystofanes był doskonałym satyrem. Widział to, co w ludziach płoche, warte wyśmiania – jak na przykład kwestie dyskryminacji i stereotypów. Przez śmiech wywołany jego twórczością przebija się mnóstwo mądrości. Dyskryminacja w teatr jest właściwie wpisana, wynika z jego historii. Kiedyś wszystkie role grali mężczyźni, dziś nadal większość ról to te męskie. Ale to tylko jeden rodzaj dyskryminacji, przykładów można by mnożyć. Z drugiej strony jestem aktorem w teatrze, który tworzyła i nadal tworzy Anna Augustynowicz. Kobieta jest moim szefem! I bardzo mnie to cieszy. Choć bywają momenty, że przypominam sobie, jak kiedyś moja wspaniała profesor, Anna Polony, powiedziała, że czasami kobiety nie pozwalają mężczyznom być mężczyznami.

K.K: Coś w tym jest…

A.K-B: Jesteśmy głupi, łatwo nas podejść sposobem, czasami po prostu chcemy się dać nabrać (śmiech).

W spektaklu Teatru Niekonsekwentnego „Między Nogami”, na zdjęciu z Michałem Lewandowskim i Maciejem Litkowskim, fot. Panna Lu

K.K: A czy jest szansa na wznowienie aktywności Teatru Niekonsekwentnego w najbliższym czasie?

A.K-B: Wygląda na to, że obecnie nie ma na to miejsca. Być może przyjdzie jeszcze taki czas.

K.K: Mam nadzieję, że wypuścicie jeszcze jakieś produkcje w ramach Teatru Niekonsekwentnego, a tymczasem dziękuję Ci za rozmowę i do zobaczenia na spektaklu „Król Edyp”  w reżyserii Rudolfa Zioły (8-12 listopada) oraz „Feinweinblein. W starym radiu diabeł pali” w reżyserii Katarzyny Szyngiery (15-19 listopada).

Ads

facebook